Estádio do Dragão, Porto-kwiecień 2018



W Porto byłam już prawie rok temu. Niestety ostatnio (delikatnie to ujmując)  trochę mój zapał opisywania moich podróżniczych przygód nieco osłabł. Podjęłam już kilka prób w ciągu roku  wskrzeszenia bloga, ale bezskutecznie. Nie znaczy to, że nic się nie działo w 2018 roku, bo kilka ciekawych miejsc udało mi się odwiedzić, jednak dopadł mnie jakiś leń w palcach.  Ponieważ będę się trzymać chronologii na pierwszy rzut pójdzie Porto, które odwiedziłam w kwietniu 2018.
Oglądam zdjęcia i nie mogę się nadziwić, że ja faktycznie tam byłam, że kolejne podróżnicze marzenie własnie się spełniło. W takich sytuacjach jest mi strasznie żal, że już to przeżyłam, że jeszcze tam nie jestem, albo, że jeszcze nie jestem na etapie samego planowania.
Było, minęło, trzeba iść do przodu i spełniać nowe marzenia. Ale ja do Porto kiedyś wrócę, tak samo jak do Lizbony. I odwiedzę południe Portugalii ( to jedno z kolejnych podróżniczych marzeń) , bo ten kraj mnie oczarował. Gdybym tylko znała przyzwoicie język, aby znaleźć przyzwoicie płatną pracę, już jutro pakowałabym cały swój dobytek i przeniosłabym się do któregoś z małych portugalskich miasteczek.



Wróćmy jednak do mojego pobytu w tym pięknym mieście położonym w północnej części kraju.
Dziś nie pójdziemy "w miasto", ponieważ  zabiorę Was tam, gdzie kiedyś pracował Józef Młynarczyk, a w następnym poście napijemy się wina. W pierwszy dzień naszej przygody zrealizowałam swoje marzenie i mojej starszej córki.
Planując nasz zaledwie 3 dniowy wyjazd, chciałam zobaczyć jak najwięcej, ale jednocześnie nie zniechęcić dzieci do chodzenia. Szukałam informacji w internecie, jak przemieszczać się w Porto. Najlepszym rozwiązaniem okazało się metro, które wcale tak do końca takim podziemnym metrem  nie jest. Nie ważne jednak, że nie jeździ w ciemnych tunelach, ważne jest to, że porusza się szybko. Na początku miałam spory problem ze zrozumieniem o co chodzi z tymi wszystkimi zonami-strefami, przez które przejeżdża pociąg. Od ilości przejechanych zon zależy cena biletu. Nie będę się tutaj rozpisywała na ten temat, bo wszystko już w internetach zostało napisane. Gdyby ktoś z Was wybierał się do Porto i nie wiedział jednak o co chodzi, to zapraszam do skontaktowania się ze mną i z chęcią wytłumaczę. Pamiętajcie tylko, aby przed wejściem na peron skasować kartę-bilet, bo nie ma w Porto tradycyjnych bramek:


Wsiadamy do pociągu i udajemy się w kierunku Estadio do Dragao, czyli stadionu smoka.


Niestety pogoda nas nie rozpieszczała, przywieźliśmy ze sobą angielski deszcz, zatem szybko udaliśmy się do wnętrza budynku. W planach miałam zwiedzenie muzeum i stadionu. Przyjemność ta kosztowała nas 60 euro i z perspektywy czasu uważam, że warto było wydać te pieniądze. Pytałam na kilku portugalskich grupach, czy warto, bo nie ukrywajmy 60 euro to sporo pieniędzy, opinie były podzielone. Zaryzykowałam jednak i spędziliśmy w obiekcie trzy godziny, a myślę, że moglibyśmy więcej.


W 2004 roku Portugalia była organizatorem Mistrzostw Europy i na tę okazję wybudowano nowy stadion, na który przeniosła się drużyna FC Porto (wcześniej rozgrywali mecze na Estadio as Antas). Na jego terenie znajduje się również muzeum poświęcone drużynie.  


Muzeum powstało stosunkowo niedawno, bowiem w 2013 roku, w 120 rocznicę powstania klubu.


Oczywiście jak w każdym tego rodzaju muzeum przechodzimy przez wszystkie etapy sukcesów mniejszych i większych FC Porto. Poznajemy historię klubu, czy np. jak zmieniały się przez lata  design koszulek.
 


Największe sukcesy FC Porto odniosło w 1987 roku zdobywając  Puchar Mistrzów, Superpuchar UEFA oraz Puchar Interkontynentalny. Z całą pewnością drużyna nie osiągnęłaby tylu sukcesów bez naszego rodaka. Józef Młynarczyk bronił w FC Porto w latach 1986-1989, później pracował tam jako szkoleniowiec bramkarzy.




Po wyjściu z muzeum udajemy się w stronę stadionu. Oprowadza nas przewodnik, który posługuje się również językiem angielskim.


Stadion może pomieścić 50 035 kibiców, otrzymał 5 gwiazdek, w związku z tym mogą być tu rozgrywane mecze finałowe wszystkich europejskich rozgrywek.


Oczywiście jak podczas zwiedzania tego typu obiektów, zaglądamy do loży VIP, do szatni, sali konferencyjnej (nie można tu robić zdjęć, ale i tak wszyscy robili ;) ) .



Na koniec zaglądamy do sklepu, w którym możemy zakupić pamiątkę związaną z klubem. Niestety ceny są trochę wygórowane, więc decydujemy się na zakup jednego szalika.








Żegnamy się ze Stadionem Smoka, czas nas nagli, bo jeszcze tego samego dnia będę upijać się Porto w Porto. Ale o tym napiszę już w następnym wpisie.

3 komentarze:

  1. It's near of my town.
    Next time, go to Coimbra.
    kiss

    OdpowiedzUsuń
  2. Wygląda na to,że w Porto chodziliśmy zupełnie innymi ścieżkami! ;) my o istnieniu tego stadionu i muzeum nawet nie wiedzieliśmy ale nikt z nas nie jest wielkim fanem futbolu. I wiesz, że też ani razu nie jeżchaliśmy metrem, wszędzie na piechotę! ;) Porto uwielbiam i też na pewno jeszcze tam wróce! I podzielam Twoją miłośc do Portugalii. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowne wspomnienia :)

    https://przystanek-klodzko.pl/

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedzenie mojego bloga.Będzie mi miło, jeżeli pozostawisz po sobie ślad :).

Copyright © Złapać chwilę , Blogger