Wassenaar-maj 2012

Do Wassenaar dojechaliśmy z jednodniowym opóźnieniem. Mieliśmy spędzić tu 4 noclegi, niestety życie czasem płata figle i dojechaliśmy dzień później. Duinrell to kompleks , na który składa się camping, wesołe miasteczko i basen. Dla mieszkańców campingu wesołe miasteczko jest bezpłatne, natomiast wejście na basen tzw Tiki Bad (kryty i otwarty) jest płatne ok 3.40 euro od osoby za 2 godziny. Mobile home'y Eurocampu są umiejscowione w spokojnej części campingu.Musieliśmy co prawda dojść kawałek czy do sklepu, czy do wesołego miasteczka.Warte to jednak było, bo nie słyszeliśmy całego hałasu dobiegającego z rozrywkowej jego części.

A oto plan wesołego miasteczka, na którym spędziliśmy większość czasu.


Sam obiekt nie jest może wielkich rozmiarów, na pewno nie jest wielkości Parku Asterixa czy Heide Parku, ale znajdują się tu najważniejsze atrakcje,kolejki górskie,karuzele,zjazdy łodzią dowody,diabelski młyn i wiele innych:







Diabelski Młyn zaliczył Filip przezwyciężając swój lęk wysokości,Iga dla której to "pikus" , Karolcia i ja. Widok z góry rozciąga się na cały camping.




Najmniejszy roller coaster:


                             a tu duży ze zjazdem w pionie:



Znalazły się również atrakcje dla najmłodszych, czyli przejażdżka zwykłą ciuchcią:


Na basen wybraliśmy się w Dzień Dziecka, akurat pogoda była deszczowa,zatem doskonały moment,aby ten czas spędzić w krytym pomieszczeniu. To kompleks basenów,odkrytych i krytych, ze zjeżdżalniami, różnej trudności, rwącą rzeką, sztuczną falą i brodzikami z cieplutką wodą.Każdy z nas znalazł coś dla siebie a te dwie godziny uważam, że nam wystarczyły w zupełności.












a tu basen widziany z zewnątrz:


W ten sam dzień wybraliśmy się na krótki spacerek po Wassenaar.
Niestety był to spacerek w kaloszach i kurtkach przeciwdeszczowych:






 W sklepie z pamiątkami nie mogło zabraknąć sabotów.Po tulipanach,wiatrakach i rowerach to symbol Holandii. Te drewniane trepy są najbardziej charakterystycznym elementem stroju holenderskiego.Noszone były podobno przez wszystkie klasy społeczne,również przez członków rodzin królewskich...Zrobione z drzewa olchowego są odporne na wilgoć, wysokie i niskie temperatury. Ich nazwa pochodzi od słowa sabotaż.W XVIII wieku w czasie tzw rewolucji przemysłowej robotnicy niszczyli maszyny zatrzymując ich prace właśnie sabotami-nie chcieli, żeby maszyny zastąpiły ich pracę.



tu "prawdziwy" symbol Holandii:



a tu kolejny symbol-rower.Będąc w Holandii nie trzeba uważać na pieszych, tylko na rowerzystów.



                                i na koniec zdjęcie przystanku autobusowego...gdyby ktoś nie wiedział                         specjalnie oznaczony:


Fantastyczne były te trzy dni spędzone tutaj.Jak zwykle pozostał niedosyt, bo nie udało nam się wielu miejsc odwiedzić.W drodze powrotnej mieliśmy zwiedzić Rotterdam, ale stwierdziliśmy, że spacer po tłocznym mieście bardzo by nas zmęczył przed dosyć długą drogą powrotna.Dlatego tez postanowiliśmy pojechać do spokojnego Kinderdijk .

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za odwiedzenie mojego bloga.Będzie mi miło, jeżeli pozostawisz po sobie ślad :).

Copyright © Złapać chwilę , Blogger