Północny Devon, czy mnie zachwycił ?-Anglia, lipiec 2018

Północny Devon, czy mnie zachwycił ?-Anglia, lipiec 2018

Dla większości turystów poznawanie Anglii kończy się na Lądku. No ewentualnie ktoś tam jeszcze gdzieś zobaczył w necie zdjęcia z Stonehenge i może zapragnął zobaczyć tą kupkę kamieni zniszczoną przez Clarka Griswolda podczas "Europejskich wakacji". Pamiętacie?


Zdjęcie ze strony Filmweb
A ja Wam powiem, że tu w Anglii jest tyle uroczych miejsc, że życia by mi zabrakło, żeby to wszystko zwiedzić i Wam tu opisać. Natomiast jeszcze nie byłam w Londynie i nie widziałam słynnych kamieni i póki co tam się nie wybieramStaram sobie dozować po równo Anglię, Szkocję i Walię. Niestety różnie mi to wychodzi, bo ciągle ciągnie mnie poza najbliższą okolicę i najczęściej mój wybór pada na Portugalię. Nawet teraz kiedy to piszę wyczuwam lekkie drżenie serca, które przeradza się w przeogromną tęsknotę za krajem niebieską kafelką wyłożonym. I już mam ochotę sprawdzić w jakiej cenie są blilety do Porto... 
Wróćmy jednak do pięknego północnego Devon, które miałam okazję odwiedzić w lipcu 2018. Pogoda dopisała nam idealnie, chociaż w dzień, w którym dotarliśmy na kemping padał deszcz. 


Nocleg zamówiłam przez jedną ze znanych angielkich firm i to był strzał w dziesiątkę. Kemping spełniał wszystkie nasze oczekiwania, przede wszystkim był mały i miał podgrzewany basen z pięknym widokiem na ocean. Kemping nazywa się John Fowler i znajduje się w miejscowości Combe Martin. Z samego kempingu, który położony jest na niewielkim klifie, rozciągają się piękne widoki. Jest tutaj również mini plaża, do której trzeba zejść po schodach, ale niestety jest kamienista. 



Druga plaża ukryta wśród klifów, do której odwiedzenia również Was namawiam, to oddalona o mniej więcej milę od kempingu Broadsands Beach. Po drodze czekają na Was takie widoki, więc myślę, że warto wybrać się  na spacer.


Mam tylko dobrą radę dla astmatyków-weźcie ze sobą inhalator.  Ja swój zostawiłam na kempingu i w drodze powrotnej z plaży myślałam,że wyzionę ducha. Kiedy zobaczyłam tabliczkę na zdjęciu poniżej nie sądziłam, że tych "stepsów" będzie niezliczona ilość. O ile schodzić, schodziło nam się fajnie, to ja już w połowie drogi wiedziałam, że kiedy będziemy wracać będę miała duży problem z wczołganiem się na górę. Później byłam już mądrzejsza i moje leki lądowały zawsze w plecaku. Na całe szczęście nie miałam już takich ekstremalnych przygód podczas tego wyjazdu




Plaża jest na prawdę piękna i warta odwiedzenia, ja jednak gdybym wiedziała, jak będę się czuła po wejściu na górę, nie zdecydowałabym się jej zobaczyć To była dla mnie poważna lekcja, że z astmą nie ma żartów.  Dlatego wolałam zdecydowanie spacerować w okolicy plaż Combe Martin.  Pierwsza z nich jest kamienista, ale bardzo urocza.  


Druga plaża jest typowo miejska i tutaj można wypożyczyć między innymi kajaki, czy deski, aby sobie popływać między zatoczkami ukrytymi wśród klifów.





Powiem Wam, że kolor wody w Combe jest zniewalający i do lipca 2018 roku myślałam,że takie cuda w Anglii to tylko mają miejsce w Kornwalii. A tu proszę, taki skromny Devon tak miło mnie zaskoczył. 
W samej miejscowości są jedynie dwa małe sklepiki i to przypominające nasze polskie Społem z lat mojego dzieciństwa, a wiec czasy, bardzo, bardzo odległe. Gdybyście chcieli zrobić zakupy w Lidlu, to najbliższy znajduje się Ilfracombe.
Podjedźcie też na parking przy marinie, skąd można wyruszyć na spacer nad ocean i podziwiać zachód słońca.


Przy porcie znajduje się posąg cieżarnej kobiety stojącej na prawniczych książkachVerity zaprojektowana przez  Damiena Hirsta stanęła tutaj w 2012 roku i ma być alegorią prawdy i sprawiedliwości. 



Jeżeli będziecie w północnym Devon przyjeźcie koniecznie do Ilfracombe na zachód słońca. Spacerując nadmorskim deptakiem może będziecie mieli takie szczęście jakie miałam ja i zobaczycie przepiękne widowisko, które zafunduje Wam słońce powoli kładące się do snu. Impreza jest całkiem gratisowa a doznania wzrokowe nie do opisania Na pewno utkwi Wam to na długo w pamięci, jak utkwiło mnie




Kiedy będziecie mieli ochotę na pyszne lody z Devon to koniecznie udajcie się do miejscowości Lynton, z której tramwajem klifowym zjedziecie do Lynmouth.  Wrażenia podczas przejaźdżki niezapomniane. A to właśnie w Lynmouth jedliśmy najpyszniejsze devońskie lody.




Lynton & Lynmouth Cliff Railway to najwyższa i najbardziej stroma na świecie kolejka linowa napędzana wodą.  Porusza się po zboczu wysokiego klifu i ma ułatwiać przemieszczanie się pomiędzy dwoma miejscowościami-jedną położoną na szczycie a drugą położoną u jego stóp 





Jeżeli pogoda Wam dopisze koniecznie wybierzcie się na piękną, szeroką plażę i co najważniejsze piaszczystą Woolacombe Beach.  Pamiętajcie tylko,że znajdujecie sie nad oceanem i pływy mogą Wam nieco utrudnić leżakowanie, bo trzeba przesuwać swój "grajdołek".



Zdjęcie nie oddaje rzeczywistego uroku, ale musicie mi uwierzyć na słowo, że taką plażą nie pogardziłaby nawet Portugalia.





Jeżeli znudzi Wam sie plażowanie możecie udać się do  sąsiedniego hrabstwa Somerset, gdzie znajduje się Dunster Castle. Oddalony jest od Combe Martin jedynie 30 mil. Zamek nie jest jakiś okazały, ale został wybudowany na wzgórzu Tor, z którego rozciągają się piękne widoki. Moim zdaniem to fajna odskocznia od plaż i miasteczek Devon. Zamek a w zasadzie dwór oraz park są udostępnione dla turystów.



Informacje praktyczne:

Combe Martin położone jest w hrabstwie Devon, na półwyspie kornwalijskim, w południowo-zachodniej Anglii. Dostać się tutaj możecie przylatując do Bristolu, albo Londynu. Do Bristolu lata Ryanair z Gdańska, Krakowa, Poznania, Rzeszowa, Modlina, Wrocławia. Do Londynu pewnie będą tańsze bilety. Polecam wypożyczenie auta na lotnisku.


 Miejsca, które odwiedziłam w Devon:


Kemping na którym nocowaliśmy -  KLIK 
Mieliśmy wynajęty mobile home, ale jest tu również miejsce dla kamperów, czy namiotów.
Zamek Dunster KLIK
Lynton & Lynmouth Cliff Railway   KLIK     
Mam nadzieję, że troszkę Was zachęciłam do odwiedzenia Devon. Uwierzcie mi Anglia to nie tylko Londyn :)    
       

Zapraszam Was serdecznie do śledzenia mojej strony na Instagramie   oraz polubienia jej na Facebooku  :) 




Faro, czyli miasto, którego nie warto odwiedzić, a może jednak warto?-październik 2019

Faro, czyli miasto, którego nie warto odwiedzić, a może jednak warto?-październik 2019

Kiedy przyleciałam do Faro od razu z terminala udałam się do wypożyczalni aut, a potem w drogę w kierunku Armação de Pêra, na obrzeżach którego miałam wynajęty apartament. Nie widziałam zatem miasta Faro, poza tym nawet, gdybym przez nie musiała przejchać, to byłabym tak skupiona na jeździe, że nic poza drogą bym nie widziała. Nie ważne , czy jesteś kierowcą, czy pasażerem, pierwsze minuty jazdy "po drugiej stronie" skutecznie podnoszą adrenalinę i masz wrażenie, że jedziesz pod prąd i zaraz ktoś w ciebie wjedzie, alby ty w kogoś. Tak samo zresztą było w pierwszej chwili po powrocie z Algarve do Anglii




Kiedy osoba od której wynajmowaliśmy apartament dowiedziała się, że mamy zamiar spędzić cały jeden dzień w Faro, nie kryła zdziwienia. Powiedziała nam, że miasto obejdziemy w 2 godziny. Może i byśmy dali radę przelecieć Faro nawet w godzinę, ale wolnym spacerkiem zrobiliśmy to przez cały dzień



Pierwsze kroki w Faro skierowaliśmy w stronę doku. Lubię miejsca położone nad wodą, dlatego najczęściej moje wybory podyktowane są bliskością do morza/oceanu, czy chociażby rzeką. To tutaj zaczepił mnie starszy pan, kiedy usłyszał,że rozmawiamy po polsku, powiedział "dzień dobry". Motałam się trochę patrząc na mapę, ponieważ chciałam zobaczyć najsławniejszą tutejszą kawiarnię Alianca, wiedziałam, ze jest ona, gdzieś blisko, jednak chwilowo straciłam orientacjęAlianca to przecież jedna z najstarszych portugalskich kawiarni, zaraz po A Brasileira w Lizbonie (1905) i Café Majestic w Porto (1921).  Starszy pan mówiąc po angielsku (uff) wyperswadował mi wypicie kawy w Alianca. Powiedział mi, że szkoda tracić czasu na miejsce, które z oryginałem nie ma już nic wspólnego. Otwarta po remoncie w 2016 roku nie ma już takiego klimatu jak kiedyś. Powiem Wam, że tak się zakręciałm, a moje dzieci zafascynowały książkami na drzewach w Jardim Manuel Bivar, że poprostu o tej kawiarni zapomniałam i nie zrobiłam jej nawet zdjecia z zewnątrz. 



Ja na pewno jeszcze do Faro wrócę, więc wtedy sama sprawdzę, czy dziadzio na ławce miał rację. Przechodząc przez Jardim Manuel Bivar kierujemy się w stronę starego miasta, do którego wejdziemy przez bramę Arco da Vila. Zauważyliście na zdjęciu bocianie gniazda?  


Zdjęcie Arco da Vila jest nieidealne, ale podróżując z dziećmi trzeba czasami wybrać, czy ważniejsze jest zrobienie idealnego zdjecia, czy bezpieczeństwo naszych potomków😏. Póki co, wybieram oczywiście to drugie, odkładając idealność zdjeć na przyszłość, jak dzieciarnia wyprowadzi się z domu, czyli za jakieś 12 lat. 



Brukowanymi uliczkami docieramy do głównego placu starego miasta, czyli Largo da Se, który jak na złośc był tego dnia cały zastawiony autami.  A naoglądałam sie w internecie ładnych ujęć z tego miejsca i nie brałam pod uwagę, że zastanę taki widok, a raczej brak ładnego widoku.


Centralne miejsce placu zajmuje katedra Se, która była oczywiście pozastawiana autami. Katedra pochodzi z XIII wieku i powstała na miejscu meczetu. Nie wiem, czy miałam jakieś zaćmienie umysłu, ale postanowiłam nie wchodzić do środka katedry. To już drugie miejsce w Faro, które "udało" mi się pominąć tego dnia. Po powrocie z urlopu szybko pożałowałam, że nie zwiedziałam katedry. Relacja Mo  , z którą w końcu spotkałyśmy się w Algarve po kilku latach internetowej znajomości,  nie pozostawała złudzeń-żałuj, że tam nie weszłaś. Zrobiłam to zupełnie nieświadomie, fakt nie sprawdzałam wcześniej w internecie, co kryją wnętrza kościoła. Gdybym sprawdziła, na pewno weszłabym do środka. Nie jestem miłośniczką sztuki sakralnej, ale dobrze się czuję we wnętrzach świątyń, a dla azulejos to wiadomo, że weszłabym wszędzie... No może prawie wszędzie ;) . No i ten dziedziniec i widok z wieży, zresztą na blogu Mo sami możecie zobaczyć co mnie ominęłoA może zrobiłam to specjalnie, aby mieć po co wracać do stolicy Algarve?






Wychodzimy poza mury miejskie i znowu lądujemy nad wodą. Stąd możemy dopłynąć na plaże Faro. Śmiem przypuszczać, że latem nie jest tu tak spokojnie, ilość turystów jest z pewnością dosyć spora. Chociaż może nie, przecież większość omija miasto Faro szerokim łukiem, bo panuje przekonanie, że tu nic nie ma. Faro jest tylko miejscem przesiadki z samolotu do autobusu, pociągu, czy samochodu. 







Czas na przerwę, siadamy w jednej z kawiarenek niedaleko Ambasady Brazylijskiej. Odpoczywamy, zajadamy portugalskie słodkosci i słuchamy ulicznego grajka. Lubię taki klimacik.  



Trzeba iść dalej, bo w takim tempie to my tego Faro nie obejdziemy w jeden dzień. Wchodzimy w dzielnicę ze sklepami, udaje mi się kupić cudowne skarpetki w azelujosowy wzór i równie cudowny kalendarz na 2020 rok. 





Mijamy po drodze Igreja de São Pedro, który niestety jest zamknięty.


Docieramy do Igreja do Carmo, miałam ochotę wejść do środka i nawet udało mi się przkroczyć próg kościoła. Od wejścia zostałam jednak zaatakowana przez pana w podeszłym wieku, który zaczął coś do mnie mówić w języku portugalskim. Niestety moja znajomość tego języka ogranicza się jedynie do słów Bom dia , oraz obrigada, więc wycofałam sie ze środka. Znowu moja wina, nie sprawdziłam, czy wejście do kościoła jest płatne. Ale wiecie co? Ja się z tego bardzo cieszę, bo to kolejny powód, zeby do Faro wrócić.




Przez to spacerowanie zrobiliśmy się głodni, idziemy zatem do miejsca, gdzie będziemy mieli szeroki wybór dań. Takim miejscem jest oczywiście galeria handlowa, a w Faro, to oczywiście Forum Algarve. Wiem, że to profanacja, że powinnam poszukać knajpki jakiegoś lokalsa, zjeść coś typowego dla regionu. Powiem Wam jednak w zaufaniu, że  kiedy jestem bardzo głodna, wolę zjeść coś co lubię, zatem ja i starsza córka wybrałyśmy "Chińczyka", a młodsze dzieci tradycyjnie amerykańskiego fast fooda.



W Faro byłam 31 października i na dziedzińcu galerii trwały przedświąteczne prace. Myślałam,że to tylko w Wielkiej Brytanii jest taki szał na przedświateczny szał ;), okazuje się, że Portugalia również wcześnie przygotowuje się do świąt


Po posiłku idziemy jeszcze na małe zakupy i plac zabaw.



Azulejos pojawiają się nawet na sklepowych wystawach.

Czerwone bułki 👀

Pora pożegnać Faro, następnego dnia czeka nas podróż autobusem do Porto, z którego będziemy wracać do Anglii. Dlaczego tak utrudniłam sobie podróż powrotną z urlopu, opowiem Wam w następnym wpisie, który będzie dotyczył mojego krótkiego pobytu w Porto.  




Copyright © Złapać chwilę , Blogger